Po prawie 3 miesiącach na statku mogę powiedzieć jedno: płacą mi generalnie za to , że jestem daleko od domu, od rodziny.. owszem za to , że gram też mi płacą ale wynagrodzenie głównie można przyznać faktowi bycia samemu i daleko od domu. Czy jest łatwo? Cóż.. rozmawiałem z kilkoma osobami na statku. 70% ludzi czeka na powrót do domu, 10% wszystko jedno a kolejne 20% przedłuża kontrakty i chce zostać na statku jak najdłużej. Te 70% czyli największa liczba osób to członkowie rodzin lub związków. Patrząc na to, że załoga to większość filipińczycy, którzy dostają wynagrodzenie rzędu 500 dolarów miesięcznie, połowę wypłaty wydają na internet aby móc skontaktować się z żoną, rodziną czy dziećmi. Internet jest jak na wagę złota i każda minuta dla nich się liczy. Są to osoby, które tęsknią i marzą aby przyspieszyć czas i szybciej wrócić do domu. Niestety sytuacja w ich kraju zmusza ich do pracy na statku gdzie otrzymują godziwe dla nich wynagrodzenie. 10% to osoby bez rodzin, bez chłopaka czy dziewczyny. Jest to dla nich obojętne czy są na statku czy w domu. Tutaj mają znajomych i pracę i w domu podobnie. Do ostatniej grupy zaliczają się osoby , które od czegoś uciekają.. są po rozwodzie, po tragicznych sytuacjach lub ich kraj nie pozwala im kompletnie godnie żyć. Nie mają do kogo i czego wracać dlatego, chcą zostać jak najdłużej aby przemyśleć swoją sytuację i znaleźć rozwiązanie . Z normalnego 8 miesięcznego kontraktu składają wnioski aby go przedłużyć do 10 a nawet do roku. Carnival na to się nie zgadza. Generalnie na nic się nie zgadza, na skracanie czy przedłużanie. Jeżeli już to tylko o tydzień, dwa. Polityka Carnivala jest ustawiona na kilka miesięcy w przód a przedłużanie czy skracanie kontraktów wszystko zmienia. Co smutne, większość z tych osób nie widziała się z rodziną od dawna, nie widzą jak dorastają ich córki i synowie. Wielu przegapiło narodziny swoich potomków. Dużo związków się kończy.. no bo kto z Was wytrzyma z partnerem na odległość przez kilka albo kilkanaście lat? Po 8 miesiącach kontraktu, pracownicy otrzymują 4,5 tygodni przerwy. Przerwa tzw. wakacje gdzie człowiek jest totalnie rozbity. On nie wraca do domu… on jedzie w odwiedziny do swojej żony czy rodziny a wraca do ,,domu” czyli na statek, po 4 tygodniach. Kolejna sprawa to sam powrót do kraju. Dla filipińczyka bilet powrotny kosztuje ok. 1000 dolarów. Czyli dwa miesiące pracy. Patrząc na to, że filipińczyk jakoś musi się kontaktować z rodziną i żyć ( czyli wydawać na internet , to 1000 dolarów oszczędzi w 4 miesiące. Czy taki człowiek ma szanse wrócić z kontraktu wcześniej niż po 8 miesiącach? Po 8 miesiącach bilet kupi mu kompania a na powrót wcześniejszy nie ma szans, chyba, że chce siedzieć na statku 4 miesiące i wydać te pieniądze na bilet. Cóż.. Panie i Panowie, narzekamy, że u nas jest źle ale na Świecie są dużo biedniejsze kraje. Chodzimy do pracy, mamy dużo stresu, polityka w naszym kraju nie jest najlepsza.. ale wracamy do rodziny i te chwile powinniśmy traktować jako najwspanialsze momenty bo wiele osób na Świecie nie ma takiej możliwości (…) W tym tygodniu jesteśmy w Key West, Freeport i Nassau. Wyszedłem na zewnątrz tylko we Freeport i był to pierwszy port od 10 dni w którym mogłem wyjść. Key West to amerykański port i tak jak wspomniałem wcześniej, zamoczyłem papierek z pieczątką wizową D1, dlatego nie mogę wychodzić w portach amerykańskich do czasu zrobienia nowej wizy. Na szczęście na trasie za tydzień będziemy tylko w Meksyku, Hondurasie i Belize. W Key West z samego rana trening dla załogi, tym razem przepisy środowiskowe. Mówiono o dziurze ozonowej, globalnym ociepleniu, recyklingu śmieci itp. generalnie to przypomniały mi się studia. Resztę dnia zmuszony byłem spędzić na statku. Na szczęście,prawie wszyscy goście wyszli na zewnątrz i basen był pusty więc można było z niego skorzystać. Kolejny dzień to Freeport. Mała wyspa należąca do Bahamów. Na wstępie napiszę , że na całych Karaibach językiem urzędowym jest j. angielski, mówią również po hiszpańsku lub francusku. Co za tym idzie z dogadaniem się nie ma generalnie problemu jednak angielski w UK lub USA różni się totalnie akcentem od angielskiego na Karaibach. Na statku słyszę codziennie kilkanaście różnych akcentów angielskiego. Są tu ludzie z Nowej Zelandii, Australii, Anglii, całej Ameryki, Kanady, RPA plus osoby , których angielski nie jest urzędowy czyli północna Afryka, Europa(najwięcej Bośnia, Serbia i Chorwacja oraz włosi) i Ameryka Południowa..  Basista na statku pochodzi z Argentyny, rozmawiając z nim po angielsku, cały czas się zastanawiam czy mówi on po hiszpańsku czy jednak już po angielsku.. Wracając do Freeport. Kilka postów wcześniej opisałem ten port, że nic ciekawego w nim nie ma. Rzeczywiście po wyjściu do portu nic nie ma prócz paru sklepów dla turystów. Tym razem wziąłem taxi i pojechałem na plażę w głąb wyspy, byłem z dwoma kolegami muzykami.. największy problem jest tutaj z komunikacją. Kierowca taxi podchodzi do nas i pyta się czy potrzebujemy podwózki.. odpowiadam, że chcę dostać się na plażę, i pytam za ile?Odpowiada po swojemu: super plaża 7 dolarów.. Bezproblemowo wsiadam do taxi. Kierowca rusza i mówi, że jednak to będzie 10 dolarów od osoby bo Was jest tylko trzech oraz musicie od razu kupić drogę powrotną czyli łącznie 60 dolarów. Oczywiście zatrzymać już tej taxówki nie da rady. Przejażdżka ok. 10,15 minut. Na trasie nie zobaczyłem ani jednego domu. Palmy, agavy, akacje oraz droga. Dojeżdżamy na ogrodzoną plażę gdzie na wejściu skasowali nas 6 dolarów. W cenie był tzw. pedalboard co jest całkiem ciekawe ale o tym później. Plaża piaszczysta dosyć ładna, woda ciepła, turkusowa ale lekko mętna i brudna od trawy oraz roślin rosnących na dnie. Przy plaży barek oraz kilku namawiaczy typu ,, gotowana kukurydza”. Pedalboardy były dostępne akurat 3 także udało nam się za jednym razem na tym popływać. Pierwszy raz miałem okazję skorzystać z czegoś takiego. Wygląda to jak deska surfingowa ale jest trochę większa oraz grubsza. Na Pedalboardzie trzeba stać lub ew. klęczeć jak na desce surfingowej. Dostaję się wiosło i stojąc trzeba wiosłować przy okazji utrzymując równowagę. Jest to tutaj taki zastępczy sport ponieważ brakuje fal na Bahamach i surfing nie jest popularny. Morze jak jezioro. Po godzinie zabawy i dwóch godzinach opalania się, czas na powrót z plaży na statek. I w tym momencie zaczął się stres.. wykupiliśmy taxi w dwie strony ale żadnej taxówki z naszej firmy ,, Metro” nie było.. Podjeżdżały taxówki innych firm gdzie nie chciano nas wpuścić bo liczba oczekujących tworzyła kolejkę jak na lotnisku do przejścia przez bramki kontrolne. Po godzinie czekania, zaczęliśmy się bardziej stresować bo za pół godziny statek miał odpłynąć! Czekało z nami 12 osób. Co się potem okazało każdy też miał zapłacić 14 dolarów ale jednak zapłacił 20 .. W końcu taxi przyjechało. Kierowca baaardzo zdenerwowany opisywał jak to Carnival wykorzystuje ludzi do zarabiania pieniędzy.. Sprawa wygląda następująco. Carnival ma swoje wycieczki do najbardziej popularnych miejsc na wyspie. Na statku jest biuro gdzie taką wycieczkę można kupić. Carnival pobiera opłatę ok. 100 dolarów za osobę na wycieczkę, powiedzmy na plażę. Rezerwuję taxówki (generalnie busy) płacąc tubylcom 10 procent z sumy pieniędzy wycieczki. Kierowcy taxówki bardzo się to nie podobało. Cóż.. bisnes is bisnes i nie ma tutaj co się oszukiwać ale Carnival musi zarabiać bo tak działa duża korporacja a jednostka taka jak kierowca taxówki albo będzie pracował dla Carnivala i zarabiał te 10% albo szukał osób takich jak ja gdzie sam chciałem zabrać taxi i zapłacić 7 dolarów w jedną stronę a zapłaciłem 10 bo kierowca nas oszukał.Dlaczego? Bo byliśmy z Carnivala a jemu się to nie podobało… W końcu udało się dotrzeć na statek… Następny dzień to Nassau i trening od rana. Tzw. ,,lifeboat”- trening. Werbują 285 przypadkowych osób z załogi( akurat ja byłem w tych 285) i próbują ich wcisnąć do szalupy ratunkowej. Szalupa ratunkowa powinna pomieścić 285 osób. Cała procedura wchodzenia i zakładania kamizelek ratunkowych trwała 40 minut. I dygresja.. przy realnym zagrożeniu gdzie ludzie są w panice proces wchodzenia do szalup ratunkowych przeciągnie się do minimum godziny a druga sprawa miejsca jest tak mało w szalupie , że gdy goście amerykańscy (1 amerykanin to jak dwóch lub czasem trzech normalnych ludzi) wejdą do niej to już nie pomieści 285 osób tylko połowę mniej! Na szczęście statek posiada bardzo dobry system bezpieczeństwa. Specjalne drzwi zamykają określone obszary tak aby woda lub pożar nie mogły się przedostać ale czy realnie coś to da? Następny tydzień to Hondurs, Belize oraz Cozumel. Mam nadzieję, że tym razem pogoda dopiszę i uda się zadokować w Hondurasie, jest to jedyny port jakiego jeszcze nie widziałem i ponoć natura jest tam piękna. Powoli kończy się kwiecień i niedługo wracam do domu. Powrót ponowny na statek szykuję prawdopodobnie na październik tego roku, carnival posiada ponad 20 statków także mam nadzieję, że nie trafie na ten sam, tylko inny z nowymi portami. Stay Tuned Robson:)

 

Share Button